Cokolwiek czynicie

Czym dla mnie jest diakonia

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. (…) A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: «Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie ‘Nauczycielem’ i ‘Panem’ i dobrze mówicie, bo nim jestem.  Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi.  Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.

Nie można mówić o diakonii nie mówiąc o służbie. Dlatego chciałem się skupić na moim przeżywaniu diakonii jako służby. Służba nie oznacza bycia służącym. Służba realizuje się w każdej funkcji, czynności, pozycji, którą zajmujemy. Zdaję sobie sprawę, że to co przed chwilą napisałem jest trochę cliche, ale do mnie ta prawda docierała stopniowo, na różne sposoby i w odmiennych sytuacjach. Jako przykład pragnę podać moje najświeższe przemyślenia w tej kwestii. Otóż na osobę posługującą jako odpowiedzialny/odpowiedzilana spada obowiązek powiedzenia otwarcie rzeczy niewygodnych (lecz prawdziwych), dotyczących wszystkiego co jest nie tak, co trzeba zmienić etc. Tak na prawdę taki obowiązek nie powinien wypływać z prawa i posiadanej władzy, lecz z chęci służenia – animowanej miłością bliźniego. Taka osoba chce być jak Jezus umywający nogi uczniom. Powstaje on ze swojego (wygodnego) miejsca aby pokazać trudną prawdę o służbie.

Bardzo trudne bywa odnalezienie w posłudze czegoś więcej niż wypełniania powinności wobec bliźniego. Jeśli w swoich poczynaniach ograniczymy się jedynie do tego, to będziemy tylko służącym, nigdy bratem w służbie. Będziemy godną pożałowania karykaturą prawdziwego Sługi – nie jego naśladowcą. Najwspanialsze w postawie Jezusa jest to, że nie traci On niczego ze swojej człowieczej godności: “Wy Mnie nazywacie ‘Nauczycielem’ i ‘Panem’ i dobrze mówicie, bo nim jestem.” Posługując w pełni Miłości nie traci nic z siebie. Takie postępowanie daje radość, napełnia pokojem i dumą z dobrze wykonanego zadania.

Odnalezienie się w takiej postawie jest tym bardziej trudne, im mniej zauważalne jest nasze działanie. Nieraz przyszło mi przełknąć pigułkę goryczy tylko dlatego, że nie byłem w centrum najistotniejszych wydarzeń. Jako osoba, która “potrafi rozmawiać z maszynami a one są mi posłuszne”, zawsze byłem oddelegowany do niewdzięcznych zadań czy to przy obsłudze świateł, czy nagłośnienia podczas wspólnotowych jasełek i misteriów. Nie dość, że zwykle nikt nie powiedział prostego “dzięki” to zauważano, że tę piekielną machinerię obsługuje człowiek dopiero w momencie kiedy wszystko złośliwie przestawało działać. Dziś uśmiecham się wspominając te chwile, gdyż pomogły mi one nauczyć się czerpać przyjemność z samego faktu wykonywania jakiejś czynności. Nauczyłem się odkrywać swoją pasję i satysfakcję w procesie działania. Wiem, że dalekie jest to od radości mającej główne źródło w posłudze bliźniemu, ale przynajmniej nie skupiam się już więcej na własnej osobie i jestem w stanie dostrzec niedoskonałości w moim podejściu do posługi. Powtarzam sobie, że to już coś i wierzę, iż stać mnie na więcej w tej kwestii.

Pisząc o służbie czuję się zobligowany by wspomnieć o jej wpólnototwórczym charakterze. Jednymi z momentów, w których dane mi było doświadczyć silnych więzi i otwartości na innych, to chwile kiedy wspólnota podejmowała się jakiś konkretnych działań, w których każdy odnajdywał miejsce do wykorzystania swych talentów. Właśnie poprzez to, że każdy dawał z siebie to co najlepsze, ubogacał pozostałych samemu dostrzegając własną wartość. Nie wspominam teraz jakiś wielkich i wspaniałych przedsięwzięć, lecz zwyczajne przygotowywanie skeczy na pogodny wieczór, czy też inne (wydawać by się mogło błahe) sprawy.

O tym jak bez dozy służby nie ma wspólnoty przekonałem się również nieraz. W poprzedniej wspólnocie, zrodził się taki zwyczaj, że w święto Niepokalanego Poczęcia, mieliśmy wspólną agapę (domowy Kościół, młodzież i dzieciaki). Razu pewnego siedziałem obok dziewczyny, której w większości nic nie pasowało z tego co się działo na oazie. I po chwili milczenia zapytała: “Czemu nie ma placków?”, odpowiedziałem poważnie już rozdrażniony: “Bo nie upiekłaś!”. Ona zrobiła wielkie oczy, a ja w najlepsze dałem upust krytyce powszechnej postawy “łaskawie przychodzę – to wymagam”. Skończyło się interwencją jakiejś animatorki, która musiała mnie przywołać do porządku i oczywiście wielkim fochem, bynajmniej nie z mojej strony.

Kończąc moje dość chaotyczne zapiski, chciałbym zadedykować wszystkim czytającym ten tekst słowa z listu do Kolosan: “Cokolwiek czynicie z serca wykonujcie”.

Bartek

Bartek