Kurs Alfa w Krakowie (2012)

Kurs Alfa w Krakowie (2012)

Kurs Alfa, organizowany przez naszą krakowską wspólnotę, był bardzo owocny i bogaty w wyraźnie odczuwalne Boże działanie. Miałem okazję posługiwać w nim jako jeden z animatorów wspomagających i mogłem to wspaniałe działanie zaobserwować. Ale w szczególności wspominam weekendowy wyjazd do Tenczyna, podczas którego myślę, że wszyscy – w tym również ja – doświadczyli działania Ducha Świętego.

W niedzielę, tj. w drugim, ostatnim, dniu wyjazdu, w naszej grupie była naprawdę radość – przynajmniej zauważyłem ją u części osób. Wśród uczestników naszej grupy dały się zaobserwować naprawdę bogate owoce, co wyszło podczas dzielenia. I na pewno ważnym jest fakt, że dzielenie dotyczyło osobistych przeżyć, a nie dysput niemal teologicznych, co często zdarzało się nam podczas zwyczajnych spotkań.

Przy okazji też dziękuję wszystkim, którzy się przyczynili do zorganizowania tego wyjazdu. Czuło się jedność, o którą nieraz jest trudno. Ale ja osobiście jej doświadczałem. Zresztą integrowanie się w kawiarence prawie do 1 rano w nocy z soboty na niedzielę o czymś świadczy. Wszystko było na swoim miejscu i wszystko ładnie się zgrało. Podczas tego weekendu działo się tam coś dobrego, co trudno zniszczyć. I trzeba przyznać, że dla mnie, konferencje były naprawdę bardzo dobre. I, tak dodatkowo, dowcipy o całkach i Małyszu z Gołotą. Ale to tak na marginesie.

Co do mnie… Hmm, trudny to temat. I ja jednak się rozpiszę, bo w dwóch zdaniach tego się nie da w ogóle powiedzieć. Uczestniczyłem już przecież w takich modlitwach i nigdy nie było większych problemów. Spodziewałem się spokojnego przebiegu modlitwy w moim przypadku i bardziej mnie interesowało jak to będzie z uczestnikami. Dzięki Bogu było z nimi dobrze. A ja tymczasem, ku swojemu zaskoczeniu, przeżywałem ogromne trudy podczas modlitw o wylanie Ducha Św. i, prawdę mówiąc, ledwo to wytrzymałem (myśl o wyjechaniu naprawdę mi towarzyszyła podczas modlitwy, głównie sobotniej). Nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło jeszcze. Gdy Ela mówiła na szkoleniu, że mogą być osoby, które negatywnie będą się czuły, bo Bóg będzie czynił trudne rzeczy, to nigdy nie myślałem, że mogę to być ja (chyba trochę w tym pychy było – no, bo ja przecież nie mam problemów, bo niby skąd… – to taki sarkazm, oczywiście). W niedzielę byłem jedyną osobą milczącą w grupie (bynajmniej nie z powodu mojej funkcji animatora milczącego), bo nie miałem niczego pozytywnego do powiedzenia na temat wylania Ducha Św.

Doszedłem do siebie dopiero w poniedziałek wieczorem (tj. następnego dnia po powrocie do Krakowa). W modlitwie, już w domu, zobaczyłem, że tak naprawdę to była łaska – i to naprawdę dla mnie osobiście wielka – dotknięcie trudnych spraw. Trud wynikał z wyciągania pewnych spraw, o których jakieś pojęcie miałem, ale do nich nie wracałem, „hodując” je sobie gdzieś na uboczu, gdzie sobie tak gniły. A one były właśnie tym „kamieniem w szklance”, odnosząc się do bardzo obrazowej konferencji o. Szymona (z pewnością chodzi o ten bardzo duży). Po ogarnięciu tego myślę, że przerażające jest to ile czasu nieraz człowiek trzyma się kurczowo tego, co już dawno minęło. Ale od poniedziałkowego wieczoru towarzyszyła mi ogromna radość i dzieliłem się tym na lewo i prawo, bo Bóg faktycznie działa (w co nie wątpię), choć często nie tak, jak to sobie człowiek zaplanuje – a czasem wręcz zupełnie odwrotnie. I czasem to musi zaboleć. Ale po to, aby potem było dobrze. Wielkie rzeczy Pan uczynił uczestnikom, ale to, co ja przeżyłem, jest dla mnie największym przeżyciem (w kontekście owoców, a przynajmniej początku jakiegoś procesu) i de facto nie przypominam sobie podobnego. A na pewno nie przypominam sobie takiej radości (nie wiem czy kiedykolwiek takową miałem) jaką dzień po powrocie miałem wieczorem w domu, gdy wszystko mi się wreszcie po wylaniu Ducha Św. poukładało w jedną całość. O szczegółach nie piszę, bo jednak są dość osobiste (a i samo pisanie o tym nie należy dla mnie do najprostszych), ale chciałem podzielić się samym działaniem Boga w tej modlitwie, żeby nie chować tego pod korcem. Mogę tylko napisać, że jak dla mnie chodzi o ogromną rzecz, co również mnie zaprowadziło tydzień później do dość niezwykłej spowiedzi, która rzuciła mi jeszcze więcej światła na całe to wydarzenie.

Cieszę się, że mimo tych trudów, nie miałem problemów z byciem przy ludziach, rozmawiania z nimi i robienia tego, po co tam byłem. Widzę też bogactwo w tym, że, mimo iż chciałem, jak większość osób pełniących różne posługi (choćby aktywni i milczący), pojechać samochodami z ludźmi z naszych wspólnot (bo ich znamy), jakoś w pokręcony sposób (do tej pory niejasny dla mnie – ale się przyzwyczajam do tego, że z Panem Bogiem nie zawsze jest jak ja chcę) trafiłem do samochodu dwóch osób ze swojej grupy (uczestników), których w gruncie rzeczy nie znam. A pozytywne jest to dlatego, że miałem okazję lepiej ich poznać, co mi się akurat w ich przypadku nie udawało przy kolacjach. Tak więc dobre jest takie odseparowanie się czasem od kółka tych samych wspólnotowych osób (gdzie czujemy się bardziej swobodnie i czasem nie chce nam się wyjść na zewnątrz), bo to może otwierać bardziej na innych. I ja, osobiście, widzę w tym pozytyw bycia z tymi ludźmi nieco dłużej (bo poza punktami programu, tj. w drodze). To też taki dobry moment tego wyjazdu dla mnie i bardzo możliwe, że był po prostu potrzebny, mam nadzieję, również wspomnianym uczestnikom kursu, którzy mnie podwieźli (liczę na to).

Podsumowując (jeśli ktoś wytrwał do tego miejsca w dosyć długim tekście – tym osobom gratuluję) – wyjazd był naprawdę potrzebny zarówno uczestnikom, ale i nam, posługującym podczas tego kursu – do czego ja akurat podchodziłem z lekką rezerwą, bardziej skupiając się na tym co będzie się działo z uczestnikami. A tu zaskoczenie. Za to wszystko co się działo u uczestników i u nas samych, naprawdę brakuje mi jakichkolwiek słów w języku polskim czy jakimkolwiek innym (który znam), więc pozostaje mi szczere: chwała Panu!

Dominik Kocuj