Mnóstwo dobrych rzeczy

Śpiew na Eucharystii w Domu Pomocy… ten pomysł przyszedł do mnie już jakiś czas temu, kiedy dowiedziałam się że nie mają  organistki. Pomyślałam, że przecież nasza diakonia tak świetnie to robi. W zasadzie niewiele by to nas kosztowało, bo na Mszę niedzielną i tak trzeba gdzieś iść. A tu przy okazji pomoglibyśmy komuś piękniej przeżywać ten czas. Może ktoś poczułby, że jednak Pan Bóg o nim nie zapomniał.  Mała prosta rzecz, ale czy pomaganie zawsze musi wymagać wielkiej ofiary?

Mimo wszystko nie miałam odwagi powiedzieć o tym pomyśle. Przypadkowo wyszło to na rozmowie i dzięki Ali i jej stwierdzeniu: „to dobry pomysł, trzeba to zrobić” myśl stała się czynem 🙂

Byłyśmy więc z dziewczynami w niedzielę po Eucharystii, kilka osób podeszło do nas z podziękowaniami, prosili  żebyśmy przyszły jeszcze… Nasza obecność nie była dla nich obojętna. A my dałyśmy słowo, że przyjdziemy 🙂

Przychodzenie do tego Domu rzadko bywa dla mnie łatwe… czasem ogrom potrzeb mnie przytłacza, ale czy  to, że nie mogę zrobić wszystkiego, znaczy że lepiej nie robić nic?  To, że nie mogę (lub nie mam siły)  poświęcić całego dnia, znaczy, że nie warto  poświęcić godziny?

Przychodzę tam do jednej osoby, czasem po to by iść z nią na zakupy, czasem by pomóc w cotygodniowej kąpieli, czasem by poukładać rzeczy w szafie, by pójść do kościoła, do lekarza, na spacer, do kina czy po prostu (co bywa najtrudniejsze), by porozmawiać.

Praktycznie przed każdą wizytą proszę o pomoc… abym słuchała, abym miała cierpliwość, abym była otwarta…  ta modlitwa zrodziła się we mnie spontanicznie. Wiem, że sama nie dam rady. Ale nie jestem sama też w innym sensie, Ala, Ania, Magda też tam przychodzą. Przychodzą też inne osoby, to dodaje mi sił.

Jest też całe MNÓSTWO dobrych rzeczy, wartościowych rozmów, niesamowitych ludzi, pięknych miejsc, zadziwiających wydarzeń, które otrzymałam i otrzymuję dzięki przychodzeniu do tego Domu. Nie sposób wszystkiego opisać, ale widzę to (choć trochę czasu mi to zajęło), że nie tylko ja jestem jakimś darem dla kogoś, ale, że  sama też otrzymałam  wspaniały DAR.

Może przytoczę jedną historię: W zeszłym roku na Boże Ciało zostałam akurat w Krakowie, poszłam na Eucharystię do Kapucynów i tam bardzo dotknęły mnie słowa ojca na zakończenie, powiedział coś takiego, że teraz przed nami druga część Eucharystii, teraz mamy iść do swojego życia i tam spotykać Jezusa, tam dawać go innym.  Piękne słowa, ale co konkretnie znaczą? Ja pomyślałam o mojej znajomej z DPSu, że na pewno miło by jej było gdybym do niej przyszła i wybrała się z nią na spacer.  Ponieważ nie miałam żadnych planów… poszłam (rzadko przychodzę do niej bez zapowiedzi).  Wchodzę do pokoju, ona cała zapłakana, pytam się co się stało, ona na to, ze bardzo źle się dziś czuje, ale właśnie przed momentem wyszedł od niej ksiądz z komunią …  poszłyśmy na spacer… było bardzo przyjemnie, na koniec stwierdziła, że On przysłał mnie dziś do niej. Mi ten dzień dał bardzo dużo do myślenia na temat obecności Boga w naszym życiu.

Co wydaje mi się ważne od strony „wolontariusza”… aby nie chcieć robić wielkich rzeczy, aby mieć  czas dla konkretnej osoby, nie śpieszyć się, aby starać się słuchać  i odpowiadać na konkretną potrzebę, aby nie dać się pokonać strachowi i  nie zniechęcać od razu, żeby nie obiecywać zbyt wiele, żeby też stawiać granice  oraz  mieć ludzi z którymi można porozmawiać o swoim „pomaganiu”.

Beata Wierzbiak