ORAM VI (2008)

Małgorzata z Wrocławia

Na tegoroczny ORAM czekałam właściwie od momentu wyjazdu z ubiegłorocznych rekolekcji w Tenczynie. Czekałam na ten szczególny czas „wyjścia poza obóz”, by stanąć i rozmawiać z Panem twarzą w twarz, jak rozmawia się z Przyjacielem.

W maju dowiedziałam się, że naszej wrocławskiej grupie zostało powierzone przygotowanie wprowadzenia do spotkania z relikwią wizerunkiem Jezusa z Manoppello. To była dla mnie radosna wiadomość, gdyż już wcześniej (przy okazji pielgrzymki Benedykta XVI) zainteresowałam się tym miejscem. Z tamtego spotkania pozostało mi wrażenie jakiegoś niezwykłego przyciągania. Przed samym wyjazdem zaczęły piętrzyć się trudności, zrezygnowały osoby, które miały jechać i z którymi miałam przygotowywać nasze „zadanie domowe”. I właściwie dopiero w tym momencie zaczęłam „doczytywać” te materiały, źródła, które wcześniej przygotowałam. Im więcej czytałam, tym bardziej ta lektura zaczęła mnie wciągać, fascynować i zadziwiać. I tym bardziej czułam się nieprzygotowana, wręcz niegodna, by o tak ważnych sprawach mówić.

W końcu nadszedł dzień przyjazdu. Najpierw radość spotkania, gotowość przyjmowania Bożego działania. A od jutrzni następnego dnia – doświadczenie bardzo łagodnego, spokojnego oczyszczającego działania Pana. Temat rekolekcji – wpatrywanie się w oblicze Jezusa, kontemplowanie go – w jakiś sposób od początku przywoływał w mojej świadomości tę niezwykłą wymianę spojrzeń, między Piotrem, a jego Mistrzem na dziedzińcu arcykapłana, w godzinie zaparcia się Piotra i spotkania z miłującym, przebaczającym spojrzeniem Jezusa. I żal Piotra… Gdzieś bardzo mocno zakorzeniła mi się ta myśl, że spoglądając w czyjeś oczy możemy w nich zobaczyć siebie, tak jak widzi nas ta osoba. No i zaczęło się…

Już pierwszego dnia, gdy zapowiedziane zostało nabożeństwo pojednania, w pierwszym momencie uznałam, że właściwie to mnie nie dotyczy, spowiadałam się tuż przed wyjazdem. Ale okazało się, że jest zupełnie inaczej. Pan bardzo spokojnie, delikatnie, pokazywał mi moją grzeszność, słabość, niewierność. Szczególnie w drugim dniu rekolekcji, gdy kontemplowaliśmy wizerunek Jezusa utrwalony na Całunie Turyńskim zobaczyłam bardzo mocno jedno – że jestem człowiekiem, który nie potrafi kochać. W czasie dzielenia się w grupie Pan przypomniał mi Słowo, które kiedyś otrzymałam z Psalmu 116, a które z upływem czasu zupełnie zagubiłam.

Wtedy przyszedł czas na sakrament pojednania, na modlitwę i wołanie o miłość. Dzień trzeci był dniem spotkania ze Zmartwychwstałym w wizerunku z Manoppello. A właściwie – wizerunku, w którym sam Jezus utrwalił rysy Twarzy w godzinie Zmartwychwstania. Z jednej strony był to czas dzielenia się ze wspólnotą tym, czego się o tym wizerunku dowiedziałam. Z drugiej czas kontemplacji Jezusa w wizerunku, a właściwie czas wpatrywania się w Jego oczy; takiego wpatrywania się zupełnie bez słów w Jego oczy przepełnione miłością, dobrocią, ciepłem; oczy żywego, żyjącego człowieka. Cóż mogę powiedzieć? Chyba to, że pokochałam te oczy, że chcę w nie patrzeć jak najczęściej. Wreszcie dzień czwarty – czas kontemplacji oblicza Ojca w obliczu Jezusa. Ale także czas odnajdywania, dostrzegania oblicza Bożego w drugim człowieku. Czas odkrywania na nowo wymiaru służby. Przede mną rok pracy, modlitwy, służby. I oczekiwania na kolejny ORAM. Bogu niech będą dzięki za to wszystko, czego w tych kilku dniach dokonał!

Magdalena z Bytomia

Już sam temat tych rekolekcji bardzo mnie urzekł: „Wpatrywać się w oblicze Najpiękniejszego z Synów Ludzkich”. Bo ja tak lubię siedzieć sobie przed Panem Jezusem i po prostu patrzeć, więc myślałam, że na rekolekcjach będzie podobnie, spokojniutko itd. Tymczasem miałam wielką łaskę zobaczyć wiele działania Pana Boga w moim sercu. Poprowadził mnie w taką przygodę i doświadczenie, że sama bym sobie lepiej tego nie ułożyła.

No, ale od początku:) Zanim Pan Bóg mógł się do mnie dobrać, musiał mi pokazać, co Mu w tym przeszkadza. Było to moje ustawianie Pana Boga na modlitwie, z czego potem rodziło się skupienie tylko na mnie. Robiłam tak, bo się bałam, że jak się nie będę tak jakoś kontrolować na modlitwie to się pogubię i narobię jakiś głupot. I z jednej strony mówiłam Panu Bogu: „Poprowadź mnie dalej, bliżej do Ciebie”, ale pozwalałam Mu być tylko do tego momentu, kiedy to ogarniałam intelektualnie i miałam GO pod kontrolą.

Było to w trakcie Namiotu Spotkania, kiedy wpatrywaliśmy się w ikonę Jezusa „Nie Ręką Ludzką Uczynioną”. Oczy Jezusa z tej ikony jakby zapraszały do tego by iść dalej, Jego drogą, zaufać i uwierzyć, że Jego pomysł na przygodę jest 1000 razy lepszy niż mogę sobie wyobrazić. No więc poszłam (i mam nadzieje, dalej idę).

Również tego dnia rozważaliśmy Tajemnicę Wcielenia, staraliśmy się patrzeć na Jezusa jako na doskonałego człowieka. Poza tym przez trzy dni skupialiśmy się też na radach ewangelicznych. Na początku na ubóstwie.

Następnego dnia, było oblicze Jezusa z całunu, no i cały dzień skupiał się wokół męki i posłuszeństwa Jezusa. I taka cisza mi w sercu zapadła, nic nie umiałam mówić na modlitwie, nic nie wdziałam, byłam, patrzyłam i tylko spokój tego oblicza wprawiał mnie w zdumienie. Jezus już od jakiegoś czasu uczy mnie milczenia, gdy przychodzi czas by rozważać Jego mękę, no bo wobec takiej miłości nie da się mówić.

Było Wcielenie, była męka no to czas na Zmartwychwstanie i oblicze Jezusa z Manopello. Oj tu to Pan Bóg mnie pociągnął, aż do teraz nie ogarniam. Widziałam go po raz pierwszy 2 lata temu na rekolekcjach – wisiał przez 17 dni i się go bałam. Serio, co weszłam do kaplicy, to musiałam się przyzwyczajać. A w tym roku, jak byłam w Manopello, jakoś mnie tak coś ciągnęło do Niego, ale nie wiedziałam co. Dopiero jak na Namiocie Spotkania wpatrywałam się w Niego – znów mnie pociągnął. Bo mi się do szaleństwa spodobał, dlatego bo jest żywy!!! Pełen życia i dający życie. I zrozumiałam, że zmartwychwstanie jest najpiękniejszą prawdą w moim życiu. Jeszcze w zeszłym roku w nie nie wierzyłam, a teraz dostałam łaskę widzieć jak jest wielką siłą napędową całego mojego życia. To dzięki łasce chrztu mam w sobie trochę tego życia, które Jezus Zmartwychwstały daje, a sakramenty dalej je we mnie podtrzymują. I z jednej strony dostaje od Jezusa prawdziwe życie, które mnie wypełnia i zaspokaja wszystkie pragnienia, a z drugiej strony rośnie mi z każdym dniem bardziej apetyt na to życie. Zrozumiałam, że wszystko w moim życiu jest właśnie przeniknięte prawdą o zmartwychwstaniu i dlatego jest w nim tyle radości. Ucieszyłam się z tego i przez cały dzień doświadczałam jak Jezus Zmartwychwstały daje życie.

Czwartego dnia wszyscy spodziewali się lustra, ponieważ poszły przecieki, że będziemy oglądać oblicze Jezusa w nas. I to było trudne doświadczenie, ponieważ cały dzień zastanawialiśmy się nad naszą postawą wobec bliźniego, czy widzimy w nim Jezusa itd. Generalnie takie tematy trudno przeżywam, bo wiem co złego robię wobec moich braci, badź czego nie robię. No i tak na modlitwie widziałam to wszystko złe wobec bliźniego i już się tak załamywałam, że taka pusta jestem i co ja dam tym moim braciom, i znów olśnienie, że przecież nie mam nic i moim zadaniem jest przekazywać to, co daje mi Pan Bóg, bo sama z siebie to tylko pustką jestem i to naturalny mój stan, więc nie ma się co dziwić.

Na koniec, czyli w dzień wycieczki, jak weszłam rano na jutrznię zobaczyłam, że wszyscy jesteśmy szalenie piękni. I w tej samej chwili pomyślałam sobie jak to by było, gdybyśmy wszyscy wyglądali jak modele bądź modelki i byłoby strasznie. No okropnie, Pan Bóg w ten sposób zrobił mi lekcje wychowawczą odnośnie patrzenia na siebie, piękno które daje Pan Bóg jest 1000 razy lepsze niż te ludzkie ideały. Najważniejsze było też dla mnie, że widziałam je w nas wszystkich i to wzbudziło we mnie wiele szacunku do mojego bliźniego.

Jak patrzę na wizerunek Jezusa to wyraz Jego oblicza maluje się w moim sercu i gdy pójdę do nieba (a mam nadzieje, że tak będzie) to poznam w Jego oczach te, które mi zawsze przebaczały, w Jego nosie ten dla mnie podczas męki połamany, w Jego całym obliczu, to światło, które mnie tu na ziemi prowadziło, i ujrzę sercem i całą sobą to oblicze, którego wyraz tu na ziemi pokochałam…

Maria z Sędziszowa Małopolskiego

Pan Bóg jest dobry! Bardzo dobry! I chwała Mu za to, że pozwolił mi dotrzeć na tegoroczny ORAM. Trudno mi trochę ubrać w słowa to wszystko, czego przez ten czas Pan Bóg dokonał i dokonuje we mnie i dookoła mnie. Nie umiem jeszcze wszystkiego nazwać po imieniu.

Te rekolekcje dla mnie to przede wszystkim bardzo mocne doświadczenie Bożej obecności i bliskości. Obecności tak niesamowitej, że nie sposób jej wyrazić, a jednocześnie realnej jak nic innego. Bóg – Święty i Potężny, a zarazem mały i bezbronny, który pozwala się ukryć w moim sercu i trwa.

Ten czas to doświadczenie kochającego do szaleństwa Boga, który zdecydował się oddać człowiekowi kawałek (część) siebie (swojego Syna). Z miłości do stworzenia, Stwórca złożył ofiarę z siebie (niepojęte!!).

To trudna szkoła kontemplacji Oblicza Jezusa, kontemplacji opierającej się na osobowej z Nim relacji. To wpatrywanie się w Jego oblicze i zgoda na to, aby to oblicze wryło się w moim sercu na stałe (mimo że to może boleć) i w efekcie „przebóstwiło” mnie, przemieniło w mojego Boga i Stwórcę.

Te rekolekcje to też czas odkrywania Oblicza Boga w drugim człowieku. To uwielbienie Boga obecnego w drugim. To doświadczenie tego, jak ja jestem potrzebna innym do zbawienia i jak inni są niezbędni do mojego zbawienia. To odkrycie, że będąc w relacji z drugim człowiekiem, jednocześnie mogę być blisko mojego Boga. Że miłość oblubieńcza do Boga w jakiś przedziwny sposób, w moim przypadku, może się łączyć z miłością do mężczyzny. Że to nie musi się wykluczać.

Ten ORAM to też odkrywanie tego, do czego Pan Bóg mnie woła. Odkrywanie Jego, a jednocześnie i mojego, największego pragnienia, mojego miejsca w świecie.

Ale, żeby nie było zbyt słodko… Te rekolekcje to dla mnie też ogromny trud. W zasadzie błogosławię Pana, że one się już kończą, bo nie przetrzymałabym ani dnia dłużej. Ten czas to ciągła walka ze zmęczeniem, zmaganie się ze swoimi słabościami, z myślami, żeby odpuścić sobie może konferencję lub namiot spotkania. To też mierzenie się z cierpliwością i „gryzienie się w język”, żeby przypadkiem nie nakrzyczeć na osobę, która działa na nerwy, żeby trochę mniej źle o niej myśleć.

Za ten czas, za to wszystko, co Pan Bóg uczynił, niech Mu będzie chwała!

Anna

Przyjechałam tutaj, bo miałam już dość patrzenia na siebie. Byłam zmęczona ciągłym analizowaniem mojej sytuacji. Pomyślałam, że popatrzę na oblicze Pana Jezusa, że to mnie uratuje.

Pierwszy dzień był bardzo trudny, bo w Obliczu z Mandylionu nie mogłam znaleźć nic oswojonego, przyjaznego, niczego, czego można by się było uchwycić. Tylko tajemnica i majestat. Zobaczyłam, że boję się takiego Pana Jezusa i nie akceptuję Go, tak samo jak tajemnicy i niekontrolowania mojego życia i mnie samej. Zobaczyłam też, co mnie tak męczy; że mam „ego” wielkości słonia, że wzięłam swoje życie na własne barki, a to za duży ciężar. Pan Jezus przede wszystkim przywrócił mi właściwą rolę: On jest Królem, a ja Anią. Jak zamykałam oczy na modlitwie, widziałam przed Nim siebie na klęczkach, pochyloną ku ziemi przed Jego wolą. To przywróciło mi pokój, właściwe miejsce i proporcje. To jasne wskazanie od Pana, że rozwiązaniem moich problemów jest pokora. Zobaczyłam to miejsce w moim życiu, w którym się przestraszyłam pójść za Nim dalej i poczułam wielki żal. Minęło od tamtego miejsca trzy lata i był to czas rozczarowania, szukania odpowiedzi na własną rękę, walczenie z aniołem Jahwe, który mnie pokonał.

Oblicze Ukrzyżowanego uświadomiło mi, że chcę świętego spokoju, że nie chcę cierpienia, ale też, że przesadzam z tym biadoleniem na sobą. Pan Jezus z trzeciego obrazu, ten, który otwiera powieki i rozchyla usta, by zaczerpnąć pierwszy haust powietrza, pokazał mi, że w moim życiu jest sporo światła, że mam „zdrowie, życie i błogosławieństwo”. Ucieszyłam się tym! Może i nie spełnia moich najważniejszych pragnień, ale daje tam, gdzie nie proszę.

Jakoś Pan Jezus dotarł do tego miejsca w moim sercu, gdzie był bunt. Nie wiem, jak to zrobił, ale już tego miejsca nie ma. Zrozumiałam, że złożyłam swoją nadzieję w obietnicy, a nie w samym Zbawicielu. A tylko On zbawia.

Ostatnio czułam się staro, jak stara rozczarowana kobieta. Po przylgnięciu do Pana Jezusa przechodziłam koło lustra i się zatrzymałam. To dziwne, ale zobaczyłam twarz kogoś bardzo młodego, aż mnie zatkało. Zobaczyłam siebie sprzed 15 lat, gdy pierwszy raz Go przyjęłam jako Pana i Zbawiciela. Jakby mi ktoś przemył twarz w źródle.

Teraz myślę, że wiele rzeczy nie jest ważne, poza tą jedną – żeby być przed Nim. A uczynił to mój Bóg – Jezus Chrystus, prawdziwy Zbawiciel. Amen.

Kasia z Krakowa

Kontemplacja oblicza Jezusa dostarcza wielu przeżyć, które trudno ująć w słowa, bo w kontemplacji słowa mają przecież stać się niepotrzebne… Dlatego też w pierwszej chwili uznałam, że nie mam wiele do powiedzenia podczas wieńczącej rekolekcje godziny świadectw. Kiedy jednak słuchałam poruszających świadectw innych osób, uderzyła mnie pewna refleksja, którą chciałabym się teraz podzielić.

W mojej relacji z Panem Bogiem od pewnego czasu byłam bardzo nastawiona na słuchanie. Chciałam, żeby Pan Bóg do mnie mówił, chciałam Go słuchać, ponieważ w gruncie rzeczy nie wiedziałam do końca, jakie podejmować decyzje, co zrobić z moim życiem – i bardzo chciałam usłyszeć to od Niego. Słuchanie jest wygodne, ponieważ słyszy się konkretne słowa – słowa, które coś wskażą, coś opowiedzą, podpowiedzą. Słuchanie jest więc, przynajmniej po części, przekazywaniem informacji, treści rozumowych. Podczas tych rekolekcji zrozumiałam jednak, że Pan Bóg ma dla mnie inną propozycję. Nie tyle słuchać, ile wpatrywać się w Niego. Wpatrywanie się pozornie może wydać się prostsze, w gruncie rzeczy jest jednak trudniejsze, zwłaszcza dla osoby niecierpliwej i oczekującej racjonalnych rozwiązań. Wymaga cierpliwości, wyciszenia i zaufania; wymaga też rezygnacji z własnych egoistycznych oczekiwań względem Boga. Wpatrując się w Jezusa, nie nastawiam się na to, że powie mi On coś konkretnego, co mi się przyda w życiu, co mi pomoże – ale po prostu patrzę w Jego twarz i w ten sposób spotykam się z Nim, spotykam w Nim Boga i Człowieka. W tym spotkaniu mniej istotne stają się moje oczekiwania, ważny jest tylko On i to, co zechce mi objawić z Siebie. Bóg niekoniecznie podpowie mi gotowe rozwiązania dotyczące mojego życia; nie wskaże mi z góry wszystkich najlepszych posunięć, krok po kroku. Zaprasza mnie natomiast do tego, bym codziennie od nowa „szukała Jego oblicza” – i w ten sposób właśnie, mówiąc bardziej do mojego serca niż rozumu, pragnie mnie poprowadzić.

Basia z Gdańska

Rekolekcje były dla mnie czasem duchowego napełniania się, duchowej odnowy. Uderzył mnie fakt, że ludzie wokół prawdziwie się modlili – było to dla nich czymś bardzo naturalnym i nierozłącznie związanym z ich życiem. Patrząc na nich i wchodząc w rytm rekolekcji, odkryłam w sobie głód modlitwy, pragnienie trwania przed Bogiem w codzienności. Odkryłam też na nowo – i po rekolekcjach nadal odkrywam – piękno Liturgii Godzin. Podczas spotkań w grupie i indywidualnej modlitwy zauważyłam w sobie wiele przywiązań, zabrudzających moją relację z Panem Bogiem. Postanowiłam więc rozpocząć proces „odwiązywania się”. Kiedy po ludzku wydawało się, że absolutnie nie dam rady, wtedy Pan przyszedł ze swoją łaską i pokazał mi, że jest większy niż moje słabości. Na nowo doświadczyłam Jego mocy i mojej własnej niemocy – zatem znów powierzyłam Mu swoje życie. Chwała Panu!

Dorota z Gdyni

Ostatnio uświadomiłam sobie, że po tylu latach chodzenia z Jezusem i za Nim bardzo słabo Go znam. Byłam długo zafascynowana samym kroczeniem z Nim, tym, czego ode mnie wymaga, ale zauważyłam, że nie umiem kochać. Było to widać szczególnie w relacjach z innymi. Pragnienie Jezusa i tęsknota za Nim znalazła swoje miejsce właśnie na rekolekcjach ORAM. Ich temat był właśnie dla mnie. Cieszyłam się, że szukaliśmy Oblicza Jezusa razem, bo wiedziałam, że w Kościele się nie zagubię. Jezus mnie zaskoczył. Można powiedzieć, że po tym, co zobaczyłam, wzmogła się jeszcze moja tęsknota za Nim. Wizerunek Jezusa z ikony „Nie Ręką Ludzką Uczynionej” odkrywał się przede mną w kolejnych odsłonach. Odkryłam Jezusa, którego wzrok nie ocenia, patrząc jednocześnie w głąb mnie. Ślady męki na Jego twarzy były żywymi dowodami miłości.

Od wielu lat słyszałam, że Jezus mieszka w drugim człowieku, ale w czasie rekolekcji Jezus uświadomił mi, że zaszczepił swoje piękno w KAŻDYM! Znów zobaczyłam swoją nieudolność w miłowaniu, ale teraz już wiedziałam, że nauczę się kochać tylko patrząc na Jezusa, pozwalając, aby mnie zmieniał w Siebie. Piękno Jezusa to również piękno Nowego Człowieka, w którym to, co ludzkie i to, co Boskie stało się Jednym, Światło i Życie przeniknęły się. Ta prawda nie przestaję mnie zachwycać. Ona podsyca moje pragnienie, więc te rekolekcje nie kończą się, bo cały czas tęsknię za Twoim Obliczem, Panie. Objaw mi Siebie…

Teresa i Stanisław Dobrukowie z Terespola

Czytając „Oazę” zobaczyłam temat rekolekcji w Skomielnej, i chociaż wiek mój i mojego męża podstarzały, zapragnęliśmy przyjechać. Przyjechaliśmy i zobaczyliśmy piękne okolice, wspaniałą rozmodloną młodzież. Przez konferencje Ojców (niech będzie Jezus uwielbiony w ich sercach i w ich posłudze) zobaczyliśmy nasza wiarę w Pana Boga, nasze relacje wobec siebie i wobec naszych dzieci. Zobaczyłam swoją nadgorliwość wobec moich synów, swoją miłość zaborczą. Zobaczyłam swoje ja. Spotkanie z Obliczem Jezusa było dla mnie czymś wyjątkowym, nowym, jakbym dotąd się z Nim nie zetknęła, mimo iż dużo się modliłam. W swoim Miłosierdziu powiedział mi Pan jak jestem słaba w zawierzeniu wszystkiego dla Niego. Oddałam więc wszystko co raniło moje serce, moje relacje do męża, do najbliższych. Tutaj doświadczyłam dotknięcia Pana. Dotknięcia Jego Miłosiernej miłości. Wiem, że miłość Pana względem mnie jest delikatna, miłosierna i wierna. Niczego nie muszę się lękać. Muszę Mu tylko do końca zawierzyć. Za wszystko, czego doświadczyliśmy, za wszystkie otrzymane łaski niech będzie uwielbione Oblicze Miłosiernej Miłości. Chwała Panu.

Madzia z Krakowa

Rekolekcje ORAM były czasem bliższego poznania Pana na płaszczyźnie serca; czasem uświadomienia sobie Jego motywacji do przyjęcia woli Ojca, tej motywacji, którą była rzeczywista miłość do człowieka; czasem rozpoznania Jego szacunku do każdego z nas, pokory, z jaką pozwalał się „sprawdzać” po Zmartwychwstaniu.

W Jego obliczu dostrzegłam pełną akceptację i przyjęcie z Miłością. Pan przedefiniował we mnie pojęcie Miłości – która wymaga, ale nie od tej drugiej osoby. Przywrócił wiarę w trwałość Miłości i jej niezmienność – pod warunkiem, że jej źródło jest w Panu – bo tylko wtedy można ją rzeczywiście nazwać Miłością.

Pan ukazał także potrzeby, konieczność i łaski płynące z doświadczenia nocy – jest teraz we mnie na nią większa zgoda. A pierwsze owoce tej zgody to: zapadająca w serce radość, pokój i nadzieja, że noc oznacza zbliżenie się do Pana i otwarcie oczu. I, że nie jest to kara Boża, a naturalna kolej rzeczy.

Pan pozwolił zobaczyć Swoje oblicze podczas adoracji. Uświadomił Swoją żywą Obecność w materialnej postaci Hostii, której dotknięcie, łamanie Jej – całkowicie poddane woli człowieka – jest niszczeniem i „bólem” – z Miłości. Chwała Panu.

Jola Bogusz z Tarnowa

Ta oaza jest dla mnie ważna z trzech względów. Po pierwsze, uświadomiłam sobie, że jak każda relacja wyraża się poprzez spoglądanie w twarz drugiej osoby, tak również moja więź z Panem powinna przejawiać się poprzez wpatrywanie w Jego oblicze.

Na oazie mieliśmy oblicze Jezusa w trzech odsłonach. Było mi też dane doświadczyć zachwycającego działania Ducha Świętego w czasie modlitwy naszej wspólnoty. Szczególnie poruszyła mnie spontaniczna, śpiewna modlitwa uwielbienia będąca wyrazem poruszenia serc Bożą miłością. Wreszcie dane mi też było odkryć, czym tak naprawdę zajmuję się diakonia modlitwy. I co więcej, poczułam się zaproszona do współtworzenia tego dzieła. Za to wszystko chwała Panu!

 

Więcej informacji: