Święta Paschalne

W sobotę przyszłam trochę wcześniej. Pomyślałam sobie, że żeby wejść w wydarzenia paschalne potrzeba się trochę wyciszyć, zatrzymać. Z dobrych intencji duchowego przeżywania Triduum zostało niestety niewiele: na czwartkową mszę dotarłam już po czasie, zaraz po egzaminie, zupełnie rozbiegana, a na liturgię wielkopiątkową wpadłam po pracy i paru godzinach podróży w świątecznych korkach. Zero wielkanocnego skupienia, za to marzenie, żeby się wreszcie wyspać…

W kościele uklękłam przed Najświętszym Sakramentem i po kilku chwilach okazało się, że w świątyni było trochę tak jak w moim sercu – cały czas coś się działo. Przy grobie zmieniali się ministranci, postulanci przestawiali ławki, coraz więcej osób przychodziło do kościoła, słychać było szepty z różnych stron, pojawiła się schola, a na dziedzińcu zaczęły się przygotowania do rozpalenia ognia. Podsumowując – z uduchowionej adoracji wyszły nici. Z pewnym poczuciem niedosytu, wewnętrznym rozbieganiem i pragnieniem spotkania Pana weszłam w święta paschalne…

Chrystus Zmartwychwstał!O 21.00 zaczęła się liturgia. Przed kościołem paliło się ognisko, płomienie rozświetlały mroki. Usłyszeliśmy, że Jezus jest początkiem i końcem, i że przenika naszą codzienność. W starożytnym hymnie wybrzmiała pochwała nocy, która jest szczęśliwa, bo to ona poznała pierwsza Zmartwychwstałego, to ona pierwsza zajaśniała: Uświęcająca siła tej nocy oddala zbrodnie, z przewin obmywa, przywraca niewinność upadłym, a radość smutnym, rozprasza nienawiść, usposabia do zgody i ugina potęgi. Wsłuchałam się w te słowa. Z lekkim niedowierzaniem uświadomiłam sobie, że uczestniczę w tym wydarzeniu. Całą sobą, z tym co mam, z radościami i smutkami, z moim zabieganiem. Zmartwychwstały Chrystus przyszedł w mojej nocy i odpowiedział na pragnienia mojego serca, dotknął mojej słabości, mojego grzechu. Zachwyciłam się tym spotkaniem tak bardzo realnym i osadzonym w tym co przeżywam na co dzień. W kolejnych czytaniach odkrywałam jak bardzo Pan Bóg się troszczy o mnie, jak mnie podtrzymuje w różnych sytuacjach mojego życia. Choć może wokół jest jest ciemno i niewiele widać. Choć jestem zmęczona, nie mam sił, wydaje się, że nie ma sensu iść dalej, że może trzeba sobie co nieco odpuścić, bo to za trudne, za dużo, bo po co mam się męczyć…

Piękno tych wydarzeń przeżywałam we wspólnocie Kościoła. Liturgia trwała niespełna 4 godziny, ale to nie przeszkadzało nam zostać dłużej, by uwielbiać Pana, śpiewać, klaskać, być wspólnie przed Panem. Dobrze nam tam było. Wychodziłam po pierwszej w nocy, w kościele jeszcze trwały modlitwy, a radosne Alleluja towarzyszyło mi w drodze do domu.

Z rana usłyszałam: Chrystus Zmartwychwstał! i nieco zaspana, ale przekonana, że to się dokonało, odpowiedziałam, że prawdziwie zmartwychwstał.

Chwała Panu!

Asia